Opinie

Amerykańska droga, amerykański kres

Krzysztof Wołodźko. Fot. archiwum prywatne

Najnowszy numer „Literatury na Świecie” poświęcony jest Henry’emu Davidowi Thoreau, autorowi „Waldena”. Zapiski z dzienników człowieka, który nie mieści się w żadnej z tych etykiet, jakie coraz częściej i chętniej przyklejamy na wszystkich i wszystko przetkane są poświęconymi mu esejami. Głos zabiera Ralph Waldo Emerson, Virginia Woolf, Charles Ives. I wielu innych. Jeśli istnieje jeszcze świat, w którym kultura i natura tak wspaniale się wzajem dopełniają, to jest on możliwy właśnie za sprawą Thoreau. I mało ważne, że to głos gdzieś zupełnie na marginesie świata. Cenne jest wszystko, co łamie trendy współczesności, jej zachłanność, brak ciszy i coraz bardziej tragikomiczne poczucie panowania nad stworzeniem.

Nie o tym jednak chciałem dziś państwu powiedzieć. Nie mam większego sentymentu do Stanów Zjednoczonych. Nigdy nie chciałem zobaczyć Nowego Jorku. Nie pociąga mnie bogactwo Molocha, także dlatego, że coraz mocniej wyziera zza niego przepaść nędzy, bezdomności i narkomanii, trapiących ten naród. Fascynuje mnie w Stanach coś na poły przestrzennego, a na poły – w sentymentalnym, a nie metafizycznym tego słowa znaczeniu – mistycznego. Fascynuje mnie droga. I człowiek, który na tej drodze mierzy się z samym sobą, wszechogarniającą przyrodą i ciężarem cywilizacji.

„Przemierzał pieszo setki mil, unikając zajazdów; zamiast tego zatrzymywał się na nocleg w domach rolników lub rybaków. (…) Wędrówki z nim to była przyjemność i przywilej. Znał swoje strony niemal tak dobrze jak lis albo ptak, i przemierzał je własnymi ścieżkami” – pisze o Thoreau Ralph Waldo Emerson. Należał do świata, który jeszcze zna głęboką ciszę przyrody i czystość rozgwieżdżonego nieba. Powiadał: „Bogu dzięki, nie potrafią jeszcze wyrąbać chmur!”. Miał dobre przeczucie, dodając to „jeszcze”: nie tylko z jego Ameryki, Ameryki XIX-wiecznej, już technicznie cywilizowanej, ale wciąż o wiele bliższej naturze, niewiele zostało. W dzisiejszym świecie byłby albo głęboko nieszczęśliwy, albo leczyłby się psychicznie. A może skończyłby jak Theodor Kaczynski, słynny Unabomber.

Skupmy się jednak na drodze. Amerykańskiej drodze. Dziś czytamy ją głównie przez autostrady. Przez opowieści beatników, przez opowieści o czarnej i białej biedocie wędrującej po amerykańskich drogach; przez postapokaliptyczne historie o wędrówce, która – rzecz ujmując karkołomnie – ma dopiero nadejść. Czasem brzmi w tych wizjach przyszłości dźwięk ukojenia i nadziei, jak w „Kantyczce dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Ale amerykańskie postapo z reguły jest ciemne i straszne. I niedwuznacznie sugeruje, że zło już tu jest – jak w lewicowej, choć mocno niejednoznacznej serii komiksowej „Czas nienawiści” (Ales Kot, Danijel Žeželj).

Ale droga to też kolej żelazna, wielki XIX-wieczny amerykański projekt za publiczne zresztą pieniądze. I wiersz Thomasa Hardy`ego: „Północ w pociągu Great Western”: „W przedziale trzeciej klasy siedział chłopiec w podróży; / Oleisty blask lampy opływał / Apatyczną twarz, postać tak dalece zwarte / W sobie, że nikt by nie mógł zgadnąć po nim, ku czemu / Jechał i skąd przybywał. / (…) Co masz za sobą, jaką przeszłość, chłopcze w podróży / W świat nieznany tobie a szeroki, że tak spokojny, jakby nie ciekawy zupełnie, / Co w tej grze można stracić, samodzielnie potrafisz / Zanurzyć się w te mroki?”. 

„Nikt by nie mógł zgadnąć po nim, ku czemu / Jechał i skąd przybywał” – to naprawdę amerykańska fraza. Nie wiadomo już właściwie, patrząc tylko na popkulturowy obraz Ameryki, czy ten naród jest dziś jeszcze społeczeństwem mieszczan, czy może już tylko nomadów, wiecznie migrującym, niezakorzenionym, a coraz częściej wyrzucanym również z wziętych na hipotekę domów. Stąd ta fraza z odległego wiersza poety jest jak pierwszy sezon serialu „Ozark”, który oklapł nieco ostatnio i osiadł na mieliźnie, ale tak mocno pokazał na początku, czym stało się amerykańskie społeczeństwo, również w tych odległych od wielkich miast zakątkach, gdzie jeszcze dość jest lasów, jezior i rozpadlin.

To świat, w którym jeszcze głębiej niż kilka dekad temu spełniają się słowa Daniela Bella z „Kulturowych sprzeczności kapitalizmu”: „społeczeństwo mieszczańskie wprowadziło do gospodarki radykalny indywidualizm i gotowość do zrywania wszystkich tradycyjnych więzi społecznych”. Na marginesie: jeśli sięgniecie po tę książkę, zobaczycie, że współczesna streamingowa globalna popkultura w większości zaadoptowała już to, co jeszcze w XX wieku zamykało się w jej nieco bardziej ekscentrycznych pobocznych nurtach, w artystowskiej kontrkulturze, w twórczości Williama Sewarda Burroughsa, w ocierających się o psycho-metafizyczny horror i grozę amerykańskim kinie i muzyce z lat 90.

A przecież nie sposób odwrócić wzroku od tej drogi. Od losów ludzkich na niej: „Przed małą przydrożną restauracyjką stał wielki samochód ciężarowy. Z pionowej rury wydechowej dochodził stłumiony odgłos, a nad jej wylotem unosił się niemal niewidoczny siny obłoczek dymu. Wóz był nowy, lśniący czerwonym lakierem, zaopatrzony z boków w napis z dwunastocalowych liter: »Towarzystwo transportowe Oklahoma City”. Tak zaczyna się jeden z rozdziałów „Gron gniewu”  John Steinbecka, w którym czytamy później o farmerach z Oklahomy, cierpiących z powodu nieurodzaju, wyrzucanych z własnych domów, pozbawianych pól, zmuszonych do zarobkowej migracji, do tułaczki która ukształtowała amerykański mit twardego życia, w którym każdy może liczyć jedynie na siebie i swój hart ducha.

Po pięćdziesięciu latach Geert Mak ruszył w trasę śladami sławnego pisarza, który własne wędrówki po Stanach opisał na kartach „Podróże z Charleyem: w poszukiwaniu Ameryki”. Książka Maka ma niemal identyczny tytuł: „Śladami Steinbecka.  W poszukiwaniu Ameryki”. Stany mają już wówczas za sobą lata powojennego dobrobytu, na którym wyrosła sielanka cudownych lat na amerykańskich przedmieściach i hippisowskie złudzenia i przestępstwa, więc i perspektywy nakładają się intrygująco. Mak wędruje za Steinbeckiem aż do Kalifornii: „W Days Inn i Memorial Highway mówią tylko po hiszpańsku. Meksykańscy pracownicy sezonowi siedzą przed domkami, piją i grają w karty. (…) W restauracji zabłąkana rodzina Amiszów płaci rachunek, ojciec z dwoma dużymi synami, matka stoi statecznie nieco z tyłu. Dwójka młodszych dzieci – chłopczyk w ciemnych spodniach na szelkach i dziewczynka w długiej sukience i białym czepku na głowie – patrzy chciwym wzrokiem na wystawione cukierki i zabawki. Tylko patrzą, milczą. Wiek XVIII zderza się na chwilę z wiekiem XXI”.

Geert Mak jest spokojny, niemal powściągliwy gdy opisuje USA początków XXI wieku. Widzi jak wzrasta dobrobyt nielicznych i jak biednieje amerykańska klasa średnia, jak trzyma się skrawka lepszego amerykańskiego życia najemna sprzątaczka i robotnik z Meksyku. Zupełnie inny jest Charlie LeDuff w swoim „Shitshow”, wielkiej podróży po Stanach śladami prowadzącego pierwszą kampanię wyborczą Donalda Trumpa. Jego Ameryka jest gorzka, wściekła, chora psychicznie, przemocowa, zaharowana albo cyniczna, obrzydliwie bogata i pełna wzajemnej pogardy. Ale jedna i druga wciąż jest w drodze, wciąż w podróży.

Od czego są jednak małe przydrożne restauracyjki i motele? Czy nie tam koi się duszę i ciało? Czy nie tam darmowa gorąca kawa jest jak ostatni gest ludzkiej bezinteresowności, wliczonej oczywiście w koszta? Dziś już na ogół przejęte przez kilka fastfoodowych gigantów, niegdyś były często małymi lokalnymi firmami, rodzinnymi biznesami z własną duszą. Powody ich śmierci, czy raczej – powody i sposoby ich przejęcia przez wielki biznes opisała w „No Logo” Naomi Klein, ukazał też Bartow J. Elmore w książce „Obywatel Coke. Kapitalizm według Coca-Coli”. Przetrwały jednak w popkulturze USA, w sprytnie targających duszę czytelnika sentymentalnymi opisami powieściach Stephena Kinga, który od zawsze do swoich książek upycha tyleż grozy, co nostalgii za starą, dobrą Ameryką – jak porządny rzeźnik przypraw do czosnkowej kiełbasy.

„W świetle i w mroku. Opowiadania inspirowane malarstwem Edwarda Hoppera” przynoszą nawiązania do takich miejsc. Kris Nelscottt w historii zatytułowanej „Martwa natura 1931” przynosi nas w świat obrazu „Pokój hotelowy” Hoppera. I w nim jest podróż: „odwróciła wzrok od kolejki, od nędznego banku w Memphis, który zabrał całe pięćdziesiąt dolarów z jej ciężko zarobionych pieniędzy i miał ich nigdy nie oddać, i zaczęła się przyglądać przejeżdżającemu pociągowi. (…) Mijały ją wagony towarowe z otwartymi bocznymi drzwiami, w których siedzieli mężczyźni w brudnych ubraniach wymachujący nogami, a jej przyszła do głowy nietypowa myśl. Widziała twarze pokryte brudem tak samo jak ubrania i zrozumiała, że pod niektórymi smugami skóra jest jasna, a pod innymi ciemna. I pomyślała: »z tego będą kłopoty«.

„Z tego będą kłopoty”. Daleko odeszliśmy od abolicjonisty i antypaństwowca Thoreau, myśliciela i przyrodnika z miasteczka Concord w stanie Massachusetts, który uważał swoje miejsce za makrokosmos i mikrokosmos w jednym. Emerson w cytowanym już eseju pisał o nim: „Nikt nie był bardziej amerykański od Thoreau. Autentycznie kochał swój kraj i swoje w nim miejsce, a jego niechęć do angielskich i europejskich manier i upodobań graniczyła z pogardą. Drażniły go plotki i powiedzonka podsłuchane wśród londyńskiej socjety; chociaż starał się być uprzejmy, powtarzane anegdoty bardzo go męczyły. Ludzie naśladowali siebie nawzajem, upodabniając się jeden do drugiego. Dlaczego nie mogą żyć tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe, by każdy stanowił o sobie? On sam pragnął osiąść wśród prawdziwie dziewiczej przyrody, wolał więc wybrać się do stanu Oregon, a nie do Londynu. »W Wielkiej Brytanii w każdym zakątku«, pisał w dzienniku, »odkrywane są ślady obecności Rzymian, ich obozowiska i urny pogrzebowe, ich drogi i siedliska. Lecz Nowa Anglia nie została wzniesiona na ruinach Rzymu. My nie musimy kłaść fundamentów naszych domów na prochach wcześniejszej cywilizacji«”.

Czy dziś jeszcze Thoreau wydaje się amerykański? W swojej samotności, kulcie od podszewki poznawanej przyrody, skrzętnej pracy i potrzebie oddalenia od bliźnich? Choć dodajmy, że niezwykły paradoks tego człowieka polegał i na tym, że był geodetą. A geodeta to ktoś, kto pomaga ludziom poskromić przestrzeń i przyrodę. W samym Thoreau tkwiła nieuświadamiana sprzeczność, kapitalistyczna skłonność do prywatyzowania przestrzeni i jej takiego odmierzania, by przyniosło to zyski, by bogatych czyniło jeszcze bogatszymi, a biedniejszych jeszcze biedniejszymi. A to przecież nie koniec drogi.

Pesymizm jest dziś tani, o wiele tańszy niż optymizm, ale dlaczego nie pomęczyć nim jeszcze czytelniczkę i czytelnika? Jacek Dukaj tak pisze o kultowej już chyba postapokaliptycznej amerykańskiej powieści Cormacka McCarthy „Droga”: to „opowieść o skazanej na tragiczny koniec wędrówce (…) – jakby cmentarne ballady Nicka Cave’a czy Toma Waitsa przepisać na oszczędną, chirurgiczną prozę. »Droga« to czarna jak węgiel elegia o tym kolorowym, w którym żyjemy, nie zdając sobie sprawy z naszego szczęścia”.

Tylko fragment: „Na obrzeżach miasta natknęli się na supermarket. Kilka starych samochodów na zaśmieconym parkingu. Zostawili wózek i weszli w zasłane odpadkami alejki. W dziale z warzywami znaleźli na dnie koszy kilka starych fasolek szparagowych i bardzo stare wyschnięte morele, przypominające własną karykaturę. Chłopiec trzymał się za plecami mężczyzny. Weszli na dwór przez tylne drzwi. W zaułkach za supermarketem stało parę wózków sklepowych, wszystkie okropnie pordzewiałe. Wrócili do środka, żeby poszukać innego wózka, ale żadnego nie znaleźli. Przy drzwiach zobaczyli dwa automaty z napojami, wywrócone i otwarte za pomocą łomu. Wszędzie w popiele leżały monety. Usiadł i wsunął rękę w mechanizm wypatroszonych automatów i za drugim razem jego palce zacisnęły się na zimnym metalowy pojemniku. Wyciągnął rękę i spojrzał na puszkę coca-coli.

Co to jest, tatusiu?

Poczęstunek. Dla ciebie.

Ale co to jest?”.

A gdyby tym ostatnim wędrowcem był Thoreau? Gdyby odnalazł innych ludzi? Czy zostałby ich prawodawcą, czy raczej znów znalazłby się na marginesie ludzkiej społeczności, powtarzającej wciąż od nowa swoje dzieje wzlotów i upadków, pokory wobec natury gdyśmy słabi i wzrastającej wraz z dobrobytem zachłanności, głupoty i zaślepienia?

 Są to jednak tylko rozważania na samym brzegu marginesów wielkiej historii i polityki. Ameryka gra przed nami widokiem żółtych linii na drodze nocną porą  – w świetle samochodowych lamp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *