Opinie

Dopóki słucham Okudżawy jestem rusofilem

Krzysztof Wołodźko rys. Paweł Paulus Mazur

Ukazała się właśnie obszerna biografia Bułata Okudżawy, pióra Dmitrija Bykowa, rosyjskiego pisarza chyba za mało tłumaczonego na polski. „Okudżawa. Życie, piosenki, legenda” to nie tylko sprawa życiorysu, to książka rozliczeniowa – obraz sowieckiej epoki. Ale i coś więcej: to także opowieść o korzeniach rosyjskiej kultury ludowej, z jej piosnkami i pieśniami, jej żalem, tęsknotami i strachami, która i w nas budziła często jakieś współczucie i zrozumienie. Wszak, niezależnie od carskiej i sowieckiej despocji, niemała część polsko-rosyjskich relacji odbywała się w kontrze do podłych realiów geopolitycznych. A czasami niejako mimochodem.

Zostawmy już nawet na boku Mickiewicza i Puszkina, Aleksandra Hercena i jego dziewiętnastowieczne przyjaźnie z naszymi emigrantami z Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Zostawmy Wolną Drukarnię Rosyjską, stworzoną z pomocą naszych rodaków, w której Hercen wydawał swój dzwon na trwogę, czyli pismo „Kołakoł”. Zostawmy i Józefa Czapskiego, który na kartach „Na nieludzkiej ziemi” potrafił pisać – bez cienia nienawiści – o spotkaniach z radzieckimi już inteligentami, którzy świetnie znali polską poezję i tłumaczyli ją na rosyjski. Znacznie bliżej nas o swojej fascynacji rosyjskimi dysydentami, w znakomitej większości ludźmi w służbie Muz, poświadczali choć Zbigniew Romaszewski czy Jan Krzysztof Kelus. Dla nich samizdat był objawieniem innej niż totalitarna Rosji. A już za mojej nastoletniej przytomności, na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, niemałą popularnością cieszył się autor prześmiewczo-fantastycznych opowieści o Wielkim Guslarze, czyli Kir Bułyczow. Jego autobiograficzna, ale i też rozliczeniowo-rosyjska książka „Jak zostać pisarzem fantastą” na swoich ostatnich kartach brzmi smutno zapowiedzią putinizmu.

Ucieszyło mnie zatem bardzo, że ukazała się polska wersja biografii Bułata Okudżawy, pióra Dmitrija Bykowa. Rzecz jasna, my znamy przede wszystkim Bułata spolszczonego, naprawdę znakomicie spolszczonego i świetnie zaaranżowanego. Sława Przybylska, Edmund Fetting, Marian Opania, Piotr Fronczewski, Wojciech Malajkat, Stanisława Celińska – songi Okudżawy, czy też songi na kanwie utworów Okudżawy śpiewało się w Polsce chętnie. Nie tylko w czasach PRL. Choćby Teatr Muzyczny „Roma” w Warszawie od lat kultywuje dobry obyczaj koncertów okudżawowskich. A całkiem niedawno, wczesną jesienią, wsłuchałem się z uwagą w płytę „Majster Bułat” Piramid, z najnowszymi aranżacjami jego kultowych utworów.

Okudżawa jest jednak ważny nie tylko muzycznie: jak większość ludzi, którzy tworzyli pod sowieckim reżimem, albo w jego lokalnych mutacjach w krajach tzw. ludowej demokracji, znakomicie operował aluzją, przenośnią, mrugnięciem okiem. W piosenki o trzech miłościach, czarnym kocie straszącym domowników w sieni, trolejbusach, moskiewskim metrze, Arbacie, niebieskim baloniku, piechocie, amerykańskim żołnierzu i królu co wyruszał na państwo ościenne wplótł gorzką, choć osładzaną żartem, materię starych prawd o ludzkości i człowieczych perypetiach. I o tym, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy i tak.

Tym bardziej jestem ciekaw, jak wiele nowych rzeczy dowiem się o tym człowieku, synu Ormianki i Gruzina, który – jako powieściopisarz – dobrze wiedział, że o tęsknotach rosyjskiego ludu najbezpieczniej jest pisać w historycznym kostiumie. Zatem pisał o dziewiętnastowiecznych rosyjskich rewolucjonistach, buntujących się przeciw tyranii. Choć my dziś przecież dobrze wiemy (niedawno świetnie to pokazał Jurij Slezkine na kartach „Domu władzy”) jak straszną drogę historycznie przebyła postać rosyjskiego rewolucjonisty. Wszak to poromantyczna, ponarodnicka rewolucyjna inteligencja różnych narodowości robiła w Rosji stalinizm.

Bardzo lubię słuchać Okudżawy. I lubię niemało z rosyjskiej kultury, tym bardziej, że popkulturowy okcydentalizm od dawna już trąci nową propagandą. Ale chcę być dobrze zrozumiany: nikogo nie namawiam do politycznej rusofili. A i ta kulturowa jest dziś o wiele trudniejsza. Choć był moment, na przykład w dziejach rosyjskiej kinematografii, w czas po upadku ZSRS, gdy rzucała widzów na kolana ostrością obrazów nie tylko rozliczających sowieckie realia, ale pokazywała też grozę postsowieckiej transformacji.

Na marginesie. Dziś, pomijając pewnie świętej i znakomitej pamięci prof. Andrzeja Walickiego, niemała część różnych programowych rusofili, szczególnie tych mocno obecnych w social mediach, budzi odruch politowania. Dziwne to postaci, czasem paradujące w jakichś groteskowych mundurach, czasem służalcze wobec Moskwy zupełnie po cywilu.

Ale szkoda felietonu na sputnikowców. Życzę Państwu dobrego weekendu. Choćby z biografią Okudżawy pióra Bykowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *