BógRodzina

Franciszek „Rodzina uratuje świat”. Trzy proste słowa

By Mondarte - Praca własna, CC BY-SA 4.0

TRZY PROSTE SŁOWA

Dzisiejsza katecheza to jak drzwi wejściowe, które prowadzą do refleksji nad życiem rodziny, życiem rzeczywistym, z uwzględnieniem czasów i wydarzeń. Na tych drzwiach wejściowych zostały wypisane trzy słowa, których już wcześniej wielokrotnie używałem. Te słowa to: „czy można?”, „dziękuję”, „przepraszam”. Te słowa otwierają drogę do dobrego życia w rodzinie, do życia w pokoju. Są to proste słowa, ale jakże trudne do zastosowania ich w praktyce! Zawierają w sobie ogromną siłę: siłę strzeżenia domu, nawet poprzez tysięczne trudności i doświadczenia; ich brak powoli otwiera pęknięcia, które prowadzą w końcu do upadku.

Zwykle te słowa traktujemy jako słowa „dobrego wychowania”. Dobrze, człowiek dobrze wychowany prosi o pozwolenie, dziękuje i przeprasza, jeśli się pomyli. Dobrze, dobre wychowanie jest bardzo ważne. Wielki biskup, św. Franciszek Salezy, zwykle mawiał, że „dobre wychowanie jest już połową świętości”. Ale, uwaga, w historii poznaliśmy już formalizm dobrych manier, które stały się maską ukrywającą zatwardziałość duszy i obojętność wobec bliźniego. Zwykle się mawia: „Pod maską dobrych manier kryją się złe zwyczaje”. Nawet religia nie jest wolna od tego ryzyka, które prowadzi od formalizmu obserwancji do ducha tego świata. Diabeł, który próbuje Jezusa dobrymi manierami i cytuje Pismo Święte, wydaje się być teologiem! Jego styl jawi się jako poprawny, ale jego intencją jest oderwanie od drogi prawdy miłości Boga. My dobre wychowanie pojmujemy w terminach autentycznych, gdzie dobre stosunki są zakorzenione w miłości dobra i szacunku wobec bliźniego. Rodzina żyje tym pragnieniem dobra.

Pierwsze słowo to „czy można?”. Kiedy niepokoimy się czy możemy poprosić grzecznie o to, o czym myślimy, że możemy do tego dążyć, wówczas zezwalamy, aby rządził duch współżycia małżeńskiego i rodzinnego. Wejście w życie drugiego, nawet wtedy, gdy on stanowi część naszego życia, wymaga delikatności i postawy nieinwazyjnej. Taka postawa odnawia zaufanie i szacunek. Zażyłość nie oznacza zezwolenia na danie wszystkiego według miary opłacalności. Miłość, im głębsza i intymniejsza, tym bardziej wymaga szacunku dla wolności i umiejętności oczekiwania, że drugi otworzy drzwi swojego serca. Przywołajmy w tym miejscu słowa Jezusa z Apokalipsy: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20). Także Pan pyta się o pozwolenie aby wejść! Nie zapominajmy. Zanim uczynimy coś w rodzinie, zapytajmy się: „Czy mogę to uczynić? Czy spodoba ci się, jeśli to uczynię?”. Ten język wychowania jest pełen miłości. I taki język jest dobrem dla rodziny.

Drugie słowo – „dziękuję”. Często przychodzi na myśl, że stajemy się cywilizacją złych manier i złych słów; jakby to był przejaw emancypacji. Słyszymy to często w życiu publicznym. Grzeczność i umiejętność dziękowania widziane są dzisiaj jako znak słabości, a często prowokują jeszcze nieufność. Od takich tendencji nie jest również wolna i rodzina. Musimy stać się bezkompromisowi w wychowaniu do wdzięczności, do umiejętności dziękowania: godność osoby i sprawiedliwość społeczna krzyżują się w tym miejscu. Jeśli styl życia rodzinnego pomija umiejętność dziękowania, wówczas utraci ją także całe społeczeństwo. Wdzięczność dla wierzącego znajduje się w sercu wiary: chrześcijanin, który nie potrafi dziękować, to ktoś, kto utracił język Boga. Przypomnijmy pytanie Jezusa, kiedy uzdrowił trędowatych: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec” (Łk 17,17–18). Kiedyś usłyszałem od osoby w podeszłym wieku, bardzo mądrej, dobrej, prostej i pełnej rozsądku miłości: „Wdzięczność jest rośliną, która rośnie w ziemi dusz szlachetnych”. Ta szlachetność duszy, ta łaska Boża w duszy, zachęcają nas do powiedzenia „dziękuję”, do wdzięczności. To jest kwiat szlachetności duszy. To jest piękna rzecz!

Trzecie słowo – „przepraszam”. Trudne słowo, a jednak konieczne. Kiedy jego zabraknie, wówczas małe zarysowania poszerzają się – nawet jeśli tego nie chcemy – i w końcu stają się głębokimi dołami. Nie bez przyczyny w modlitwie Ojcze nasz, której nauczył nas Jezus Chrystus, znajdujemy słowa, jako podsumowanie wszystkich naszych próśb egzystencjalnych: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (por. Mt 6, 12). Uznać, że popełniliśmy błąd, być gotowym do oddania tego, co się niesłusznie odebrało drugiemu – szacunek, szczerość, miłość – czyni nas godnymi przebaczenia. I tak zatrzymuje się infekcję. Jeśli nie potrafimy przeprosić, to znaczy, że sami nie potrafimy wybaczać. W domu, w którym nie prosi się o wybaczenie, zaczyna brakować powietrza, woda staje się stęchłą. Wiele ran uczuć, wiele podziałów w rodzinie zaczyna się od utraty tego cennego słowa: „Przepraszam”. W życiu małżeńskim są sprzeczki, niejednokrotnie „fruwają talerze”, ale chciałbym wam dać jedną radę: nie kończcie dnia bez znaku pokoju! Słuchajcie dobrze: pokłóciliście się? Mąż z żoną? Dzieci z rodzicami? Pokłóciliście się mocno? Niedobrze, ale to nie jest problem. Problemem jest, czy ta kłótnia pozostała na następny dzień. Dlatego, jeśli pokłóciliście się, to nie kończcie dnia bez znaku pokoju w rodzinie. A jak mam uczynić ten znak pokoju? Mam paść na kolana? Nie! Wystarczy mały gest, maleńki gest, i harmonia powróci do rodziny. Wystarczy znak czułości! Bez słów. Ale nigdy nie kończcie dnia bez pokoju w rodzinie! Rozumiecie to? Nie jest łatwe, ale to trzeba zrobić. I dzięki temu życie będzie piękniejsze.

Te trzy słowa klucze są słowami prostymi, i może mogą nas na początku śmieszyć. Ale jeśli o nich zapomnimy, nie ma już się z czego śmiać, prawda? Nasze wychowanie może je zbytnio lekceważy lub pomija. Niech Pan pomoże nam na nowo wprowadzić je na właściwe miejsce, do naszych serc, do naszych domów, do naszego również życia cywilnego…

Papież Franciszek