Historia

Zachłysnęli się wolnością, Białoczerwoną, prawdą, Bogiem

Pierwszy sierpnia. Ten dzień, gdy biegłam za Mamą, tak bardzo inną niż zwykle, obojętną, nieprzytomnie nieobecną ulicami Warszawy: od włazu do kanałów, kamienia, gdzie oni tam, gdzie wybuchł czołg i Lolek co był w środku, huczące Śródmieście, Pastę, Marszałkowską, Jerozolimskie, Złotą ocalałą tylko w tym fragmencie co jej nie pochłoną wstrętny prezent Stalina dla Wolnej Warszawy, dla nieugiętej woli Jej Mieszkańców by odbudować Miasto z morza gruzów i dalej plac Grzybowski, kościół gdzie inni, jak Mama dziś znów siedemnastoletni, a potem, po Mszy Powązki i rząd czarnych krzyży zgrupowania Gurt. A przecież jeszcze Wola, gdzie Prababcia, co była wtedy u sióstr, plac Napoleona, Poczta Główna, Czerniaków, Starówka, Pęcice… Pierwszy sierpnia: dzień gdy „poszli w bój bez broni” (nie po raz pierwszy przecież), gdy zapinały w bluzy, na szyjach chłopców medaliki, krzyżyki, znaczyły krzyżem czoła. Gdy biegły niosąc meldunek, rozkaz, pomoc rannym (nawet tam gdzie kule, gdzie „jak na patelni”), chleb, zupę plujkę, wodę… gdzie beznadziejnie walcząc z płomieniami wynosiły z walących się budynków rannych, gdzie w piwnicach nieraz ścigało ich przekleństwo cywilów, rozpacz matek maleńkich dzieci, strach bezbronnych.

Kanały. Czy ktoś z nas wie co to znaczy? Labirynty ciemności, szamba, trupów i jedzących ich szczurów, pułapek włazów zza których już tylko śmierć w najlepszym wypadku od granatu, obłęd tych co się zgubili i już na zawsze tam błądzą… A potem konanie Miasta. Te dziewczyny gwałcone, z wbitą, roztrzaskaną na koniec butelką w krocze, gdzie śmierć to nie minuty, godziny… Ranni tysiąckroć ratowani paleni żywcem, dobijani zastrzykiem fenolu, kulą, miażdżącym kopniakiem żołdackiego buta… Cywile gnani przed czołgami, w piwnicach paleni miotaczami ognia, rozrywani granatami, zmieniający się w popiół Ochoty, Woli, Mokotowa, konający z głodu i pragnienia, konający pod gruzami, konający w kościołach, na placach, w każdym większym budynku zamienionym przez Niemców na obóz. Księża wieszani na stułach, kłuci bagnetami, rozszarpywani przez psy, wierni do końca powołaniu i posłudze i siostry-motyle często po raz pierwszy opuszczające klauzulę by biec z Bogiem i pomocą, by ratować i konać wraz z Miastem.

Pierwszy sierpnia. Ten dzień, gdy tak bardzo boli, gdy tęsknię za tymi wszystkimi cudownymi dziewczynami o mądrych czarnych, niebieskich, szarych, zielonych oczach – dziewczynami, którym nie dane było się urodzić. Za tymi moimi braćmi, kumplami, kuzynami, krewnymi, którzy nigdy nawet nie zostali poczęci. Za wujami i ciotkami, których nie poznałam, rodzonymi i tymi zrodzonymi z przyjaźni: za Michałem Dowborem, który biegł osłaniać Mamę w Szarych Szeregach w małym sabotażu i legł w Pęcicach na polu słoneczników, Tereską z warkoczykami i okrągłą buzią Hulewiczówną i jej bratem Benem, Leszkiem i Januszem Semerau-Siemianowskimi, Bohdanem i Leszkiem Myszkorowskimi, Walerianem „Lolkiem” Meierem, Markiem Ilińskim i jego bratem Olgierdem, który nigdy nie doleciał na pomoc Warszawie, a zginął w dniu ślubu gdzieś nad Francją, za Andrzejem, Zosią i Hania z maminego oddziału i za Małgosią, która biegnąc przez Jerozolimskie została gdzieś z tyłu, tak fatalnie, że nie mogli jej ściągnąć i leżała tam, puchła i czerniała i tylko ten jej warkocz złoty, ten warkocz co śnił się Mamie przez lata koszmarnym wspomnieniem… Pierwszy sierpnia. I te zachłyśnięcie się wolnością, z pełną świadomością, że to tylko chwila między czarnym, a czerwonym mordercą, między Niemcami a Sowietami, co czekali z bronią u nogi na ich śmierć, na zagładę.

Te chwile zachłyśnięcia się wolnością, Białoczerwoną, prawdą, Bogiem. Te chwile, dla których będą potem powtarzać w niemieckich lagrach, sowieckich łagrach i ubeckich kazamatach mordowani tylko za rocznik i miejsce zamieszkania: „warto było!”. Warto było. Warto. Czy my dziś, współcześni, możemy Im spojrzeć w oczy? Czy jakiś znicz, kwiaty, chwila uniesienia i może pieśń o Pałacyku Michla wystarczą? Co zrobiliśmy, co robimy co dnia, co pozwalamy innym robić z Ojczyzną, której przecież nie mamy za darmo, choć płaciliśmy za nią nie swoją krwią, nie swoim życiem, marzeniami, bytem? Czy nasza bierność wobec zła pozwala nam jeszcze zachować resztki honoru, którym Oni oddychali jak powietrzem? I co Im powiemy – tam – gdy przyjdzie i nasz czas, w wygodnych klinikach, hospicjach, pachnącej lenorem pościeli – co im powiemy, gdy zapytają, co zrobiliśmy z tą naszą Wolnością?

Maryla Ścibor Marchocka