InformacjeKultura

Zmarł Piotr Szczepanik. Cała Polska śpiewała jego piosenki „Goniąc Kormorany”, „Żółte kalendarze”, „Kochać”

Piotr Szczepanik

„Kochać – jak to łatwo powiedzieć, kochać – tylko to, więcej nic… W tym słowie jest kolor nieba, ale także rdzawy pył gorzkich dni. Nagle świat się mieści w twoich oczach, Już nie wiem, czy ciebie znam. Chwile, kolorowe przeźrocza. Biegną, szybko zmienia je czas”… Te jakże sentymentalne słowa Andrzeja Tylczyńskiego (1925–2009) do muzyki Andrzeja Korzyńskiego, wyśpiewane ciepłym głosem Piotra Szczepanika, pamięta chyba każdy, kto czasy swojej młodości spędził w latach 60. 

Nie żyje piosenkarz, gitarzysta, aktor Piotr Szczepanik – wykonawca jednej z najpiękniejszych polskich ballad o miłości „Kochać”; także takich utworów jak „Goniąc Kormorany” i „Żółte kalendarze”. O śmierci artysty poinformowała w czwartek PAP córka artysty Jagoda Maria Szczepanik.

„Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu 20 sierpnia – po wielu latach zmagań z chorobą – odszedł we śnie mój tata Piotr Szczepanik” – przekazała Jagoda Maria Szczepanik. Piosenkarz miał 78 lat.

Urodził się w Dniu Zakochanych, a potem śpiewał jedną z najpopularniejszych polskich piosenek o miłości: „Kochać”. W czasach największej popularności radosnego bigbitu wypromował utwory, które epatowały smutkiem i melancholią. Jego pierwsze wydawnictwa rozchodziły się w kilkusettysięcznych nakładach, ale on nie czuł się dobrze w roli idola młodzieży. – Nigdy nie byłem swoim fanem – przyznaje. 

„Goniąc Kormorany”, „Żółte kalendarze”, „Kochać”, „Nigdy więcej” to utwory, które zna cała Polska. Piotr Szczepanik wylansował ballady, które obecnie można określić standardami polskiej piosenki.

„Nie czyniłem żadnych zabiegów, ani specjalnie się nie starałem, aby stać się popularnym. Właściwie, to o moim dalszym życiu, śpiewaniu i o tym, że piosenki przeze mnie wykonywane stały się szlagierami, zadecydowali radiosłuchacze” – wspominał w jednym z wywiadów.

Piotr Szczepanik nigdy nie ukrywał, że nie przepadał za zgiełkiem i splendorem, niejako tożsamymi z show-biznesem i branżą muzyczną. – Nie lubię tej całej otoczki, fleszy, fotoreporterów, gwiazd i całego tego szumu. Jest to dla mnie bardzo nużące.

– Żyję w lesie. Kocham zwierzęta. Jeżdżę konno. Takie dolce vita w powiatowym wymiarze – mówi w rozmowie z „Magazynem Kuriera Lubelskiego”. Ten las to podwarszawska wieś nad rzeką Świder, koło Kołbieli. Przeprowadził się tam mniej więcej piętnaście lat temu, by uciec od miejsca, w którym zrobiło się „ciasno i bogato”.

– Pałace, betonowe mury, różne takie. Masakra. Więc przeniosłem się (…) Do chałupy w krzakach, w lesie. Mam stajnię – hotel dla koni. Trzymam w nim klacz, Nainę. Jeszcze jeżdżę konno. Właściwie nie ma o czym opowiadać, ale jak ci zimno, to sobie napal. Żyję według tej zasady. Jest tam trochę roboty, żeby przetrwać.

Nie ukrywał, że jest w nim dużo smutku. – Ale kto powiedział, że wszyscy mają być weseli i mają się śmiać nawet wtedy, kiedy nie ma z czego? – zastanawia się w „Tygodniku Ciechanowskim”.

Kiedy artysta słyszał pytanie o to, dlaczego w ogóle zaczął śpiewać, mówił o potrzebie „wydmuchiwania pewnych emocji”. – Jak ten pies, który wyje do księżyca, a Szczepanik do mikrofonu. Dokładnie na tej samej zasadzie.

źródło: PAP, dziennik.pl, onet.pl